Kategorie: Wszystkie | LOCA | O MNIE | OZZY | PIESKIE ŻYCIE | PRZYJACIELE | SZKOLENIE | WYCHOWANIE
RSS
czwartek, 24 stycznia 2013

Nadawanie imienia jest kuszeniem losu.

Martyna to imię pochodzenia łacińskiego i znaczy mniej więcej tyle, co "należąca do Marsa". Mars to rzymski bóg wojny, odpowiednik greckiego Aresa. Z Martynami jest fajnie i nigdy się nie znudzisz, ale jednocześnie nie ma żartów. Imię przecież zobowiązuje i jednocześnie tłumaczy buntowniczy charakter. No bo kto widział boga wojny, który łatwo poddaje się i robi to, co mu ktoś nakazuje? Jako należąca do boga wojny mam w takim razie obowiązek własnego, absurdalnego pomysłu na życie.

Loca to po hiszpańsku szalona, zwariowana. A LIVIN' LA VIDA LOCA, bo tak brzmi pełne rodowodowe imię mojego zwierzątka, to zbitek słów hiszpańskich i angielskiego, które można przetłumaczyć jako "wiodąca szalone życie". Zaiste. Nie ma na świecie imienia bardziej pasującego do niej. I ona nie pasuje do żadnego imienia bardziej, jak właśnie do Szalonej. I ona pasuje do mnie, a ja do niej.

Oj, wiele razy groziłam suce, że od jutra zacznę nazywać ją Puszkiem, Misią, Cukiereczkiem, i będę nazywać ją tak milion razy dziennie, byle tylko nowe imię zawładnęło jej psyche i zmieniło jej energię. Żeby przestała być wariatką, tylko stała się chodzącym lukrem. Tylko że inna Loca nie byłaby... Locą.

Patrzę na nią teraz i wiem, że to ona właśnie jest tym jednym, jedynym, najważniejszym psem w życiu. I nigdy, przenigdy bym jej nie zmieniła. Pewnie, łatwiej by nam się żyło gdyby była w pewnych kwestiach ociupinkę przyjemniejsza, łatwiejsza. Ale nie byłoby mnie tu gdzie jestem, gdyby nie ona. Nie wiedziałabym tego co wiem, gdyby ona nie była taka, jaka jest.

 

pozdrawiamy,

wariatka i ta od boga wojny

wtorek, 15 stycznia 2013

Dawno, bardzo dawno temu przestałam uważać siebie samą za normalnego człowieka.

Normalny człowiek bowiem wiedzie żywot w miarę jednostajny i spokojny. Pracuje w ciągu tygodnia, wraca do domu, gotuje pyszny obiadek. Wieczorem spotka się ze znajomymi, obejrzy film, pobyczy się na kanapie. Dwa razy w tygodniu pójdzie na siłownię albo inny basen, żeby zachować ogólną sprawność kończyn wszelakich. Sprząta taki normalny człowiek w mieszkaniu raz w tygodniu, bo i po co częściej. Rzadziej nie, bo wstyd.

Weekend normalny człowiek ma względnie wolny. W piątek i sobotę posiedzi nad piwkiem w gronie zacnych znajomych, a w niedzielę może sobie z czystym sumieniem poleżeć i tak absolutnie, zupełnie, nic a nic nie robić. Jak się uprze to z pidżamy może nawet nie wychodzić! Lucky him.

 

Rozmarzyłam się właśnie w tym temacie, opłacając kolejny weekend, jaki spędzimy w najbliższym czasie razem z innymi nam podobnymi psimi wariatami. Bo my (nie urażając nikogo - mam na myśli mnie i Przemka ;) ) nie jesteśmy do końca normalni. W większość weekendów, zamiast słodko spać do południa, my wstajemy bladym świtem i zjeżdżamy setki kilometrów po to, żeby zmarznąć, zmoknąć, spocić się, biegać, hasać i hopsasać. 

Weekendy planujemy z co najmniej półtora rocznym wyprzedzeniem. Nie mamy za bardzo wyjścia. Głównie ze względu na nasz sezonowy tryb pracy fotografów nie dysponujemy wieloma wolnymi weekendami podczas sezonu ślubnego, który bardzo szczelnie pokrywa się z sezonem zawodów psich. Cieszymy się jak dzieci gdy mamy wolny weekend, w trakcie którego dzieje się coś fajnego we względnie niedalekiej okolicy. A dzieje się, oj dzieje! Agility, frisbee, canicross, rally-o... . Tyle atrakcji, a tak mało czasu!

 

 

Kiedy Ty będziesz zastanawiać się co zrobić w weekend pomyśl o nas.

Ciepło.

Bo pewnie gdzieś będziemy marznąć czekając na swoją kolej na zawodach, treningu, seminarium... :)

piątek, 21 grudnia 2012

Wesołych świąt życzą Smarty wraz z czipsami :)

niedziela, 09 grudnia 2012

... cause U just might get it.

 

Pamiętam gdy kilka lat temu zaczynałyśmy agilitowanie z Locą... No cóż, nie będę owijać w bawełnę - orłami nie byłyśmy wówczas, oj nie. Nawet nasza Pani Trener wyznała mi ostatnio, że niespecjalnie wówczas rokowałyśmy na przyszłość i nie pokładała w nas wielkich nadziei. No cóż, lubimy zaskakiwać i może LuśLukruś demonem prędkości na długich prostych nigdy nie będzie, natomiast skutecznie potrafimy dokopać teoretycznie szybszym od nas psom na zawodach :) I zdecydowanie pozbyłam się kompleksów, jakie mnie niegdyś trapiły w stosunku do mnie samej i w stosunku do mojego psa.

Nie ma co ukrywać, że sporo pracy i czasu zajęło, żeby mój sucz zaangażował się w bieganie na tyle, żeby mnie to satysfakcjonowało. Frustracja, demotywujące porównywanie do innych teamów, niezadowolenie ze swojego psa, moje z nim nie zgranie, świadomość własnej fajtłapowatości... tak, te uczucia towarzyszyły mi podczas "pierwszych kilometrów" naszej agilitowej drogi. Ach, myślałam, że gdyby tak mieć innego psa - szybszego, bardziej zajadłego, twardszego, z większym drivem - o ile szybciej i łatwiej by nam wszystko szło! Nie musiałabym obawiać się, że go przetrenuję, że przesadzę z ilością bodźców i pies mi się wyłączy. Treningi byłyby przyjemnością, a z szybkim psem darłabym po torze jak uskrzydlona. Wszystko by nam szło szybciej, bardziej efektownie, tak że wszystkim wokół by szczęki opadały i oko bielało na nasz widok! 

 

Gówno prawda :)

 

Mówi się, na marzenia trzeba uważać, bo mogą się spełnić. Mówi się także, że lepsze jest wrogiem dobrego. Prawda to.

I tak - zaczynam teraz agilitowanie z psem, którego sobie wymarzyłam. Szybkim, zawziętym, ambitnym, twardym, z świetnym drivem, niezamęczalnym, nie obawiającym się porażki, mogącym wielokrotnie powtarzać te same ćwiczenia. I jak jest? Nie łatwo. A to ci niespodzianka, prawda? :D Problemów jest cała masa, po prostu są one inne niż z psem wolniejszym, delikatniejszym i bardziej wrażliwym na bodźce. 

Zapomniałam już ile trzeba pracy włożyć w to, żeby psa nauczyć fajnego biegania z człowiekiem. Że pies, który teoretycznie mógłby być naprawdę fajny musi przejść długą drogę, żeby go oszlifować i dopasować do siebie. Z Locą biega mi się tak, jak biega się w wygodnych, starych butach. Znamy się świetnie, rozumiemy, ona potrafi już naprawdę dużo i czasem ratuje mi tyłek przez to, że sama myśli, wyciąga wnioski i reaguje gdy ja coś schrzanię. Naprawdę fajnie mi się z nią teraz biega. Moja suka kochana.

 

No cóż, Yuffie, czeka nas sporo pracy. Będzie fajnie!

wtorek, 06 listopada 2012

Annówkujemy sobie trochę ostatnimi czasy :)

W wolnym tłumaczeniu - bierzemy udział w zawodach treningowych organizowanych przez szkołę GRAF na terenie pensjonatu / hotelu dla psów / centrum szkoleniowego Annówka. Nie są to zawody oficjalne, nie sędziują na nich zagraniczni sędziowie, nie ma stu zgłoszonych zawodników w każdej klasie. Czy to znaczy, że emocje i chęć pokonania własnych słabości są mniejsze? Że nie staramy się przebiec szybko, efektownie, skutecznie, bez pomyłek, zrzutek i z uśmiechem na twarzy i pysku? Ależ skąd!

Przecież do wygrania są przepiękne medale, pucharki i niespodzianki od sponsora! Może i jestem sroczką, ale nabrałam chęci na powiększenie swojego skromnego dorobku na półce Loko-chwały, na której do tej pory lśnił tylko jeden pucharek z DCDC :) Od jakiegoś czasu ma dwóch współtowarzyszy! 

Takie zawody - niezawody są przefantastyczną opcją dla takich "niedzielnych biegaczy" jak ja. Można poczuć się jak na oficjalnych zawodach, bo stresik przedstartowy przynajmniej mnie nie opuszcza, sucz też biega inaczej niż na artefaktowych treningach czując pewnie większą presję z mojej strony. Można wdrożyć sobie przedstartową rutynę, nauczyć jak długiej rozgrzewki potrzebuje nasz pies, co nam pomaga skupić się przed startem, jak najefektywnie zapamiętywać torki, jak dobierać handling na danych sekwencjach itp. itd.

Przeogromną radość zrobiłam sama sobie w tę niedzielę, gdy weszłam na zapoznanie z torem i ... go zapamiętałam! Wiem, że się powtarzam, ale ja naprawdę mam problem z zapamiętaniem torków jedynkowych / openowych :) Dlatego annówkowe zawody są dla mnie wybawieniem i okazją do wprawiania się w zapamiętywaniu torków w ograniczonym czasie. Strasznie się cieszę, że mogę biegać w Annówce, bo już wiem jak bardzo mi to zaprocentuje w przyszłości.

Acha, czy wspominałam, że w niedzielę wygrałyśmy openy? ;)

Filmik z 13-14.10.2012

 

Filmik z 04.11.2012

Mamy także fantastyczne ujęcia made by Krzysztof Fagas!



 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26