Kategorie: Wszystkie | LOCA | O MNIE | OZZY | PIESKIE ŻYCIE | PRZYJACIELE | SZKOLENIE | WYCHOWANIE
RSS
wtorek, 09 lipca 2013

Agilitowałyśmy w Sopocie!

I to JAK agilitowałyśmy!

O tak:

No dobra, tak to wyglądałyśmy PO agilitowaniu ;) - uśmiechnięte, z dumnie wypiętymi piersiami i przeszczęśliwe z wywalczonego trzeciego miejsca w kwalifikacji łącznej openów. Pragnę w tym miejscu nieśmiało zauważyć, że my w openach jesteśmy jeszcze szeleszczące leszcze, bo biegamy wciąż w jedyneczkach. Tym bardziej cieszy mnie fakt pokonania dwójkowych i trójkowych, dużo bardziej doświadczonych teamów.

Oprócz tego podczas zawodów wybiegałyśmy sobie jedną (naszą pierwszą ;) hłe hłe hłe) łapeczkę do dwójek. Pierwsze koty za płoty, a ja mam cichutką nadzieję, że coś jeszcze w tym sezonie nam się uda wybiegać. Bo już za miesiąc kolejny raz agilitujemy w Sopocie!

Poza tym Loka zajmowała zacne lokaty:

  • 4 w pierwszym egzaminie sobotnim (niestety z jedną odmową),
  • 4 w drugim egzaminie sobotnim (niestety z jednym błędem),
  • 6 na 28 psów w  agility open,
  • 9 na 28 psów w jumping open,
  • 2 w pierwszym egzaminie niedzielnym (łapka do A2!!)
  • jedyna niezacna lokata i jedyny dis (fakt jednego disa uważam za nasz osobisty sukces) złapałyśmy podczas drugiego egzaminu niedzielnego, kiedy trochę przyszalałam i zamiast sukę prowadzić jak Pan Bóg przykazał z pięknym front crossem, to jej życie utrudniłam i wleciała do nie tej dziury od tunelu, do której powinna była wlecieć. Great dog, shame about the handler 8)

 

"Mamusiu, czy ja mogę jeszcze troszkę pobiegać sobie adżilitki?"

Kocham to zwierzę!

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Nie lubię toss&fetch.

Nigdy nie przykładałam się do nauki i regularnego trenowania rzutów na odległość. Uważa(ła)m tę konkurencję za najnudniejszą i najmniej ambitną ze wszystkich dyscyplin dogfrisbee - bo co to za wielka umiejętność tak po prostu ciepnąć dyskiem, uprzednio się oczywiście tego nauczywszy na poziomie zadowalającym. Łatwizna to jest przecież i w dodatku nudą wieje. Nie to co fristajl, który kochamy miłością nieskończoną! Moja suka od dwóch lat frisbee widuje okazjonalnie i raczej jako element wybiegania psa, a nie rzeczywistych treninigów pod kątem zawodów. Nie ma co mydlić komukolwiek oczu - wybrałyśmy agility (i weekendową pracę zarobkową, która wyklucza możliwość regularnych startów na zawodach). Taki lajf. Przynajmniej dopóki wynajdą czasopodwajacz :)

W związku z powyższym nie powinnam była zapisywać się na zawody dogfrisbee. Ale się zapisałam. Do pro toss&fetch, żeby było zabawniej.

Tak w zasadzie to przecież tak czy inaczej jechałabym do Wrocławia, co prawda jako widownia, ale fakt faktem, że bym była na miejscu. A jak już jechać miałam, to przecież żaden kłopot jest wziąć ze sobą sukę, bo po co ma zwierzyna siedzieć w domu i się nudzić. No a jak już przecież pojadę i ja, i suka moja, to można się zgłosić i choć odrobinkę pociepiepać sobie dyskami, zupełnie bez ciśnienia i parcia na jakiekolwiek wyniki. No i tak właśnie zrobiłyśmy :)

Nasz pierwszy start w toss&fetch zakończyłyśmy na zupełnie godnym, 16 miejscu w konkurencji 54 teamów! W sobotę wyrzucałyśmy 8,5 punka, w niedzielę 11,5, co dało nam sumarycznie 20 punktów. Uważam to za wynik naprawdę przyzwoity :) ale do pobicia na następnych zawodach w Poznaniu. Złapałam bakcyla i, co tu dużo mówić, spodobało mi się to całe ciepanie dyskami na odległość.

Zdjęcia dzięki uprzejmości RedLight Studio!

wtorek, 23 kwietnia 2013
sobota, 20 kwietnia 2013

Zwyczaje żywieniowe mojej suki chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.

Śmietniczek. To Loki drugie imię. Trzecie imię to Księżna, aczkolwiek Loca Śmietniczek Księżna brzmi już dość kuriozalnie, dlatego ograniczam się do jednego imienia w danej chwili :)

Locę kocha moja Babcia, bo dzięki niej resztki jedzenia nigdy się nie zmarnują, a Babcia, jak to babcia, nie znosi marnotrawstwa. Traktuje więc Łaciatą trochę jak taką domową świnkę, która z uśmiechem na pysku zje przypalone okrojki ciasta, resztki sałaty, zupę z obiadu, obierki z marchewki, zdrewniała kalarepę, suchy chlebek, wysprząta podłogę gdy coś się na nią wysypie / wyleje lub wyliże do czysta kubek po jogurcie. W związku z powyższym Loca kocha moją Babcię i generalnie nie odstępuje Babci na krok, gdy ta znajdzie się choćby we względnej bliskości kuchni. Taki mają układ, a ja przestałam w niego wnikać, dopóki suka za bardzo kolebie tłustymi boczkami podczas chodzenia.

Pamiętam czasy, gdy Lukrencja była szczenięcym podrostkiem, który żywił się generalnie niczym. Poważnie - ta suka doprowadzała mnie do załamania nerwowego, bo odmawiała wszelkiego jedzenia dając jasno do zrozumienia, że jej rosnący organizm jest wybitny pod każdym względem i nie potrzebuje czegoś tak przyziemnego, jak strawa. Rosołki, twarożki, kurczaczek, warzywka, gwiazdka z nieba dodawana do karmy - nic nie działało i nie było w stanie przekonać suki do zjedzenia choćby połowy zalecanej dziennej dawki. Ba, nawet konkurencja w postaci Ozziego czy Gorbiego nie działała i suka potrafiła nie jeść nic przez ponad dwa dni! A ja, biedna, oczami wyobraźni widziałam krzywicę, skoliozę, awitaminozę, wypadającą sierść i kości na wierzchu. No dobra, kości na wierzchu widziałam bez użycia wyobraźni.

W tak zwanym międzyczasie suka urosła mi całkiem zdrowo, ładnie, bez niedowagi i jednocześnie tendencji do tycia. Najwyraźniej ten typ tak ma, że jest ekonomiczny żywieniowo. Nie narzekam ;)

Przez ostatnie 1,5 roku suka jadła mi za dwóch! Powód? Prawdziwa konkurencja do michy w postaci dwóch rosłych samców, a nie chucherka Ozzulkowego czy zbyt dobrodusznego i wyrozumiałego Gorbiego. Zdążyłam się przez ten czas przyzwyczaić do tego, że w okolicy godziny 19 Loka BARDZO WYRAŹNIE I DOBITNIE siedziała przy klatce, wymuszając podanie kolacji. Że pożerała jedzenie jednym kłapnięciem i nigdy nie była najedzona. Że zaczęła kraść ze stołu (co nigdy wcześniej jej nawet przez myśl nie przeszło!!), wypijać resztki pozostawionej kawy, wyszukiwać śmieci na dworze. Że zaczęła żebrać przy stole. Wyobraź sobie moje dzisiejsze zszokowanie, gdy sucz do kolacji podeszła, powąchała i poszła się położyć. Ha, mój niejadek powrócił :D

20:50, martyna_art , LOCA
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 kwietnia 2013

Pamiętam jak jeszcze nie tak dawno temu miałam intensywne rozkminy jaką piłkę kupić szanownej młodocianej pannie Lukrencji. Bo prawda jest taka, że w prawdziwym natłoku psich akcesoriów i zabawek, naprawdę fajnych piłek jest jak na lekarstwo. Szukanie idealnej piłki jest trudne nawet jeśli ma się jasno określone, niespecjalnie wyszukane kryteria: piłka musi być miękka, nie może się dać rozerwać w przeciągu minuty, najlepiej gdyby była na sznurku lub umożliwiała przeciągnięcie przez nią sznurka domowym sposobem. Dobrze widziane są właściwości lotne, na które składa się odpowiednia waga, wielkość oraz zdolność odbijania od powierzchni. 

W zasadzie wszystkie podstawowe kryteria spełniają piłki HOKO Funny, które lubię bardzo zarówno w wersji "saute", jak i na sznurku, który bezproblemowo można przez nie przewlec samodzielnie. Fajne są także z prozaicznego względu - są taniutkie i łatwo dostępne. Ich minusem jest to, że dość szybko robią się... obleśne :) strzępią się, błyskawicznie nasiąkają śliną i są wówczas naprawdę fuj. No i jak się jest takim estetycznym wrażliwcem jak ja, trzeba te piłki dość często wymieniać, co koniec końców taniutkie nie jest.

Największą miłością Luśka pała do piłek piszczących. Niestety, jak coś jest piszczące to generalnie jest jednorazowe i zbyt lekkie, żeby mogło nadawać się do parkowego "wypiłeczkowania psa". Świetnie natomiast sprawdza się w roli motywatora przy okazji treningów wszelakich. Piłeczka "pyszczek" w mojej kieszeni daje suce +10 punktów do zaangażowania. Lubimy to!

Moim ostatnim wielkim odkryciem w temacie zabawek piszczących jest piłka Kong squeezz, którego kupiłam w zaprzyjaźnionym slkepie Fun4Dog. Kongi lubię z zasady, a ta piłka jest po prostu cudna! Jest odpowiednio miękka, wydaje się być wytrzymała, no i jest jedyną na rynku sensowną piszczącą piłką, przez której środek można przewlec sznurek! Umiejętność i wytrwałość Loki do znajdowania i wykradania tej piłki ze wszelkich schowków jest imponująca. Otworzyła nawet, skubana, moją torebkę i zajumała z niej piłkę, po czym zrobiła radosną rundkę po domu piszcząc w niebogłosy i zdradzając tym samym niecny proceder kradzieży. Amatorka :) Miłość Loki do tej piłki jest tak wielka, że nie mogę jej zabierać na spacery "tuptaniowe", ponieważ wyglądają one wówczas tak:

21:11, martyna_art , LOCA
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26