Kategorie: Wszystkie | LOCA | O MNIE | OZZY | PIESKIE ŻYCIE | PRZYJACIELE | SZKOLENIE | WYCHOWANIE
RSS
poniedziałek, 30 września 2013
Jest już jesień, kalendarzowa i meteorologiczna. Coraz chłodniej się robi, dni stają się nieznośnie krótsze, słońce już traci moc, a ja z rozrzewnieniem wspominam minione, fantastyczne wakacje. Najlepsze wakacje ever! Uwielbiam "nadmorze" całym sercem. Nie jestem natomiast miłośniczką plażingu i smażingu jako głównego sposobu spędzania czasu na plaży, nie przepadam także za tłumami ludzi i zgiełkiem, dlatego do tej pory nad morze starałam się jeździć poza sezonem. 1 września, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zaludnienie nadmorskich miejscowości spada o 80%, psy na plaży przestają komukolwiek przeszkadzać, jest gdzie spacerować, nie ma nigdzie rozwrzeszczanych dzieciaków ani zbuntowanej i hałaśliwej gimbazy...
poniedziałek, 23 września 2013

Jestem niedowiarkiem. Uważam, że większość ludzi wyolbrzymia pewne fakty, żeby dodać dramatyzmu swej szarej egzystencji i wszystko co się czyta i słyszy, trzeba przepuścić przez filtr zrozumienia.

Nie to, żeby właściciele owczarków australijskich jakoś specjalnie ukrywali pewien fakt przed światem. Fakt, który naprawdę jest uciążliwy i sprawia, że sezonowo posiadanie aussie w domu/mieszkaniu zamienia się w koszmar...

W zasadzie w każdym opisie rasy stworzonym przez posiadacza aussie pojawia się ta kwestia.

Ja ją po prostu ignorowałam.

Jeśli jesteś potencjalnym właścicielem owczarka australijskiego - czuj się ostrzeżony. Aussie w domu = wszechobecne kłaki. Zawsze. Wszędzie. Bez względu na codzienne odkurzanie całej chaty. W trakcie sezonowej wymiany sierści na przekór codziennemu wyczesywaniu psa szczotką i trymerem hakowym. Nawet jeśli Twoje zwierzę to względnie łysa suka. 

Kojarzysz taki dowcip sytuacyjny o tym, jak to posiadacz owczarka australijskiego otwiera świeżą puszkę z piwem i znajduje w niej włos swojego psa? No cóż...

 

16:19, martyna_art , LOCA
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 września 2013

Ach, co to był za sezon! - że tak sobie zakrzyknę radośnie :)

Nie dość, że frekwencję bywania na zawodach agility miałyśmy zdecydowanie większą niż w ciągu całych minionych 4 lat, to biegało mi się z moją suczą bardzo zacnie na każdych z nich. Oczywiście, w pewnym sensie należę do drużyny "prawie" ;) więc nie zebrałyśmy tylu łapek do wyższej klasy, ile mogłyśmy. No cóż, nie dla samych łapek człowiek żyje i jeździ na zawody, ale po to, żeby zobaczyć jak wielką frajdę ma pies z tego, że biega razem z Tobą.

Drugie w sezonie sopockie zawody agility nieszczęśliwie odbywały się w tym samym terminie, co sopocki DCDC. Bardzo trudno było mi się zdecydować na które zawody zgłosić sukę, tym bardziej, że nasze chłopaki wolą frisbiacze i nie mieli wątpliwości który park w Sopocie będą okupować. No cóż, ja zdecydowałam się jednak na adżilitki. Nie żałuję, bo z zawodów wróciłyśmy z łapką, medalem i niedosytem - chcę więcej! :)

Dziwna sprawa - w trakcie biegów poleciały nam tyczki. Podobnie zresztą jak na ostatnim, zeszłotygodniowym treningu. Dziwne o tyle, że Loca nigdy nie była "kosiarką" i tyczek nie zrzucała. Obserwuję ją od kilku dni i nie zauważyłam żadnych zmian w sposobie poruszania się, żadnych oznak dyskomfortu czy bólu. Czyżby mi się zwierzątko zaczęło starzeć... ?

niedziela, 21 lipca 2013

Wreszcie udało mi się sklecić filmik z adżilitkowania sopotniego. 

Enjoy :)

22:12, martyna_art , LOCA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lipca 2013

Tak, wiem, pamiętam doskonale jak mówiłam głośno i wyraźnie, że zupełnie nie rozumiem idei biegania. Że bieganie jest przepotwornie nudne i bezcelowe. No cóż, już tak nie mówię :)

Nigdy nie byłam typem sportowca i szczerze nienawidziłam zaliczeń biegowych na wfie. Wrrr, aż mi się włos jeży na karku na samo wspomnienie. No dobra, nie ma co wielce ściemniać - w ogóle nie lubiłam wfu. Pewnie dlatego, że był obowiązkowy, hehe. Teraz nadrabiam i się usportawiam na stare lata.

Śmiać mi się samej z siebie chce gdy przypomnę sobie kiedy kupiłam sobie sprzęt do biegania. To miała być dla mnie taka motywacja. Że niby jak wydam na coś kasę, to potem będzie mi szkoda jej nie wykorzystywać. Sprzętu znaczy się. No cóż, leżał sobie nie używany przez dobrych kilka lat. Na całe szczęście nie urosłam w tym czasie za bardzo i mogę swobodnie zakładać kupione wówczas buty i ciuchy. Dobrze, że niekoniecznie przejmuję się upływającą modą, bo pewnie wyglądam trochę vintage w moich biegowych ciuszkach :)

Rozpierająca duma po przebiegnięciu w całości całego kilometra jest bezcenna. Niedowierzanie, gdy przebiegło się ciągiem całe cztery kilometry - niezapomniane. Poznawanie zupełnie nowego sposobu używania własnego ciała - interesujące. W życiu bym nie przypuszczała, że będę wiedziała jaki sposób oddychania jest dla mnie najbardziej optymalny, jak poradzić sobie z kolką, że będę zwracała uwagę na to jak stawiam stopy podczas biegu.

Dłuższe trasy (czyli około 4km) biegam póki co sama, bez pomocy psa. Pracuję nad wyrobieniem mojej pewności biegowej, płynności ruchów i wydolności oddechowej. Ze "zrobionym" psem biega się bajecznie - miałam okazję biegać z Kapslem, bc biegającym w zaprzęgach, z rowerem i ze swoim przewodnikiem, umiejącym komendy kierunkowe i zmiany tempa. Taki pies jest prawdziwym turbodoładowaniem :) Loca "zrobiona" jeszcze nie jest i trochę brakuje nam do zgrania się, ale pracujemy nad tym na krótkich odcinkach. Mamy z tego radochę!

 

Zdjęcia dzięki uprzejmości FOTO-VIP.pl

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26