Kategorie: Wszystkie | LOCA | O MNIE | OZZY | PIESKIE ŻYCIE | PRZYJACIELE | SZKOLENIE | WYCHOWANIE
RSS
czwartek, 28 października 2010
Parę słów uzupełnienia poprzedniej notki, ponieważ doszły nowe okoliczności przyrody. Lokowa Cieczka.

Taaak, już widzę jak potakujecie głowami z wiele mówiącą, współczującą miną ;)

Wyjaśnię więc, że Cieczkowa Loca w mieście jest naprawdę nieabsorbująca bardziej niż na co dzień. Ot, troszkę pocieknie, minimalnie rzekłabym, więc zero kłopotu. Na spacerach sucz też problemów większych niż normalnie nie przysparza. Ot, może dzień-dwa jest bardziej zamęczalna, ale to całe cieknięcie nie specjalnie przeszkadza jej w bardziej lub mniej sportowej aktywności. Poza tym mieszkanie w ścisłym centrum miasta jest wygodne dla właściciela cieknącej suki pod tym względem, że nie ma w okolicy luzem biegających amantów, którzy noce spędzają na wyciu pod drzwiami.

Na wsi odkryłyśmy (sucz i ja) zupełnie nowy wymiar cieczkowej suki. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie "bjaczy".
Psy, którym Lok normalnie zrobiłaby jesień średniowiecza za wtargnięcie na jej podwórko, teraz są najwspanialszymi kumplami do gonitw, gliżdżenia się przed nimi, obskakiwania, i tego typu radosnych harców. Wg Loki oczywiście, bo wiadomo, że facetom chodzi tylko o jedno. W mojej kochanej suczce obudził się demon seksu, bo obecnie nawet taboret wydaje się być dla niej atrakcyjnym partnerem :]

Biedny bezjajeczny Ozzy nie bardzo ogarnia całą sytuację, bo nie dość, że mu obce kundle łażą po jego terenie, to jeszcze suka, z którą od zawsze miał przymierze o wspólnej agresji wobec tych najeźdźców, teraz spiskuje z wrogiem!

Po dzisiejszej porannej barwnej bitwie, czyli usiłowaniu wyprowadzenia suki na siku na smyczy we własnym ogrodzie (co samo w sobie już mnie doprowadziło do furii) i odganianiu (celnymi) kopami kochasiów klamka zapadła i obecna cieczka Loki jest jej pierwszą i ostatnią cieczką na wsi. W mieście. Whatever. Amen.

Image Hosted by ImageShack.us
czwartek, 21 października 2010
Najpierw mała legenda:
  • Miasto = Poznań.
  • Wieś = przedmieścia Piły, które wsią może i były jakiś czas temu, ale teraz są nią w zasadzie tylko z nazwy.

Dotarło do mnie całkiem niedawno (ponieważ jestem w trakcie przemyśleń różnorakich), że moje świadomie posiadane psy, czyli Ozzy i Loca, od samego początku ich pobytu u mnie mieszkały razem ze mną w dużym mieście - Poznaniu. Siłą rzeczy są w takim razie miejskimi psami, co czyni mnie psiarskim mieszczuchem.
Fakt faktem, że wieś zażywaliśmy regularnie mniej więcej raz w tygodniu, a także w czasie wakacji, ferii, świąt i tym podobnych przyjemności urlopowych i wakacyjnych, jednak zawsze to było w tak zwanym międzyczasie i oderwaniu od miasta tylko chwilowym. Na walizkach.

Wyobraź sobie teraz takiego miejskiego psa i miejskiego właściciela psa, którzy zamieszkali na wsi. Sielanka? Poniekąd. Ale...

No właśnie, wydaje się, że nie ma nic piękniejszego niż mieszkanie na wsi, gdzie psy mają do dyspozycji dom z wielkim ogrodem, a wokół przepiękne tereny spacerowe polno-leśne. Można zapomnieć o smyczy czy wychodzeniu z psami na poranne i wieczorne spacery siq-qpowe, bo można je po prostu wykopać za drzwi do ogrodu. Psy mogą zażywać swobody, radości, oszczekiwaniu obcych zza płotu i gnoju.

No tak, ale...
Wyobraź sobie teraz, że chcesz poćwiczyć takie dajmy na to dogfrisbee. OK. Super, masz przecież wokół siebie mnóstwo przestrzeni. Problem w tym, że frisbowanie w warunkach nie-miejskich jest przedsięwzięciem karkołomnym. Własny ogród choć duży, to jednak frisbowo nieprzystosowany, a na tutejsze boisko sportowe z psem nie pójdę, ponieważ ją kocham i nie chcę widzieć jak sobie kulasy łamie. Przydałby się jakiś park miejski, taki dajmy na to Park Marcinkowskiego w samym centrum Poznania, nieprawdaż? ;)
wtorek, 19 października 2010
Niniejszym daję znać, że dziś obchodzimy trzecie urodziny bloga :)
Już 3 lata (kiedy one minęły??) dzielę się z wami chwilami z życia z moimi kochanymi burkami.

Wzruszenie odebrało mi mowę ;)