Kategorie: Wszystkie | LOCA | O MNIE | OZZY | PIESKIE ŻYCIE | PRZYJACIELE | SZKOLENIE | WYCHOWANIE
RSS
poniedziałek, 10 czerwca 2013

Nie lubię toss&fetch.

Nigdy nie przykładałam się do nauki i regularnego trenowania rzutów na odległość. Uważa(ła)m tę konkurencję za najnudniejszą i najmniej ambitną ze wszystkich dyscyplin dogfrisbee - bo co to za wielka umiejętność tak po prostu ciepnąć dyskiem, uprzednio się oczywiście tego nauczywszy na poziomie zadowalającym. Łatwizna to jest przecież i w dodatku nudą wieje. Nie to co fristajl, który kochamy miłością nieskończoną! Moja suka od dwóch lat frisbee widuje okazjonalnie i raczej jako element wybiegania psa, a nie rzeczywistych treninigów pod kątem zawodów. Nie ma co mydlić komukolwiek oczu - wybrałyśmy agility (i weekendową pracę zarobkową, która wyklucza możliwość regularnych startów na zawodach). Taki lajf. Przynajmniej dopóki wynajdą czasopodwajacz :)

W związku z powyższym nie powinnam była zapisywać się na zawody dogfrisbee. Ale się zapisałam. Do pro toss&fetch, żeby było zabawniej.

Tak w zasadzie to przecież tak czy inaczej jechałabym do Wrocławia, co prawda jako widownia, ale fakt faktem, że bym była na miejscu. A jak już jechać miałam, to przecież żaden kłopot jest wziąć ze sobą sukę, bo po co ma zwierzyna siedzieć w domu i się nudzić. No a jak już przecież pojadę i ja, i suka moja, to można się zgłosić i choć odrobinkę pociepiepać sobie dyskami, zupełnie bez ciśnienia i parcia na jakiekolwiek wyniki. No i tak właśnie zrobiłyśmy :)

Nasz pierwszy start w toss&fetch zakończyłyśmy na zupełnie godnym, 16 miejscu w konkurencji 54 teamów! W sobotę wyrzucałyśmy 8,5 punka, w niedzielę 11,5, co dało nam sumarycznie 20 punktów. Uważam to za wynik naprawdę przyzwoity :) ale do pobicia na następnych zawodach w Poznaniu. Złapałam bakcyla i, co tu dużo mówić, spodobało mi się to całe ciepanie dyskami na odległość.

Zdjęcia dzięki uprzejmości RedLight Studio!