Kategorie: Wszystkie | LOCA | O MNIE | OZZY | PIESKIE ŻYCIE | PRZYJACIELE | SZKOLENIE | WYCHOWANIE
RSS
środa, 28 kwietnia 2010

Bodajże trzeciego dnia pobytu u mnie czteromiesięcznej wówczas Loki rozegrała się scena barwna, acz dramatyczna. Spotkałyśmy się z Marysią od Uny w celu obfotografowania prześlicznej Lukrencji na obrzeżach miasta, wśród pięknych okoliczności przyrody. Rzecz miała miejsce w lasku brzozowym, przy którym biegnie szutrowa, mało uczęszczana droga. Pech chciał, że tego dnia w nieodpowiednim momencie trasą tą przejechał rowerzysta.

Loka, która pozowała z wdziękiem na tle jesiennych liści, nagle wyrwała za owym, szybko jadącym, rowerzystą. Po parudziesięciu metrach dogoniła go, oszczekała, chwyciła za nogawkę i zatrzymała. Spełniwszy swój "obowiązek" wróciła niespiesznym truchcikiem do mnie. Recz jasna w tak zwanym "międzyczasie" odczyniałam cuda typu wrzask, pisk, zwiewanie w drugą stronę etc. Nie poskutkowały tak, jak wg podręczników powinny ;)

Jeszcze większy pech chciał, że za chwilę w stronę przeciwną samochód, który Loka również pogoniła.

Nie muszę chyba mówić w jakim stanie byłam po tej akcji...

Okazało się, że suka uważa za swój święty obowiązek zlokalizowanie, namierzenie, dogonienie i zatrzymanie: rowerzystów, biegaczy, rolkarzy. Jeżeli dopowiem, że nasze trasy spacerowe obfitują w wyżej wymienionych, łatwo jest sobie wyobrazić naszą gehennę.

Pierwszy rok to była walka. Dosłownie.
Poparzone od parcianej linki ręce, wywrotki, zdarte gardło, poszarpane nerwy, łzy bezradności i groźby pod adresem suki, że ją na parówki przerobię.
Nauczyłam się przewidywać pojawienie się rowerzysty tak jak górale przewidują pogodę na rok naprzód. Wzrok mi się wyostrzył, zdolność postrzegania wzrosła nieporównywalnie.

Finał historii jest taki:


Patrząc na Locę teraz - uśmiechniętą i biegającą swobodnie pośród rowerzystów, biegaczy i tym podobnych trudno uwierzyć w jej mroczną historię. Nasze tereny spacerowe wciąż obfitują w rowerzystów, a ja jestem wciąż niesamowicie dumna z suki ilekroć zachowa się rozsądnie, dzięki temu na spacerze mogę z niej być dumna kilkadziesiąt razy :)

Wniosek?

DA SIĘ!



22:00, martyna_art , LOCA
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 kwietnia 2010
Psiarze nie są normalnymi ludźmi, powtarzam to do znudzenia.

Psiarz kupujący samochód musi przy wyborze wziąć pod uwagę, żeby był on możliwie przyjazny dla jego pupila. Wiadomo przecież, że jakoś psa trzeba czasem przetransportować, np. na taki, dajmy na to, trening agility. Ideałem jest oczywiście wieeelkieee kombi, w którym psa można upchnąć z tyłu za kratką. Wersja "dla ubogich" - hadgeback. Posiadam :)

Oprócz standardowego wyposażenia samochodu, takiego jak siedzenia, pasy, kierownica, gałka zmiany biegów, gaśnica i lewarek, samochód psiarza na stałe jest wyposażony w:
  • kłaki
  • błoto
  • piach
Wszystko w ilościach znacznych, ulegającym wahaniom wraz z mijającymi porami roku. Wiosną i jesienią najwięcej jest kłaków oraz błota. Latem i zimą też są kłaki. I błoto. Natomiast piach jest zawsze.

Oprócz kłaków, błota i piachu, których stałe dostarczanie leży w gestii psa, po aucie psiarza walają się:
  • kocyk
  • miska
  • frisbee
  • piłki
  • szarpak
  • saszetki ze smakołykami
  • szczotka
  • agility equipment w postaci rurek pcv ;)

Autostopowicze na trasie krajowej nr 11 - nie zabieram was nie dla zasady, tylko z dbałości o wasze zdrowie. Także psychiczne :)
piątek, 16 kwietnia 2010
Do obejrzenia filmik made by Ania od Bluesa i Nestea.

Polecam 1:28 (ta przystojna niewiasta w niebieskim polarku to ja)... i proszę się nie śmiać z profesjonalnej rozgrzewki - zimno było ;)


18:17, martyna_art , LOCA
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 kwietnia 2010
Wiosenne seminaria frisbee z Darkiem powoli stają się tradycją :)
Już trzeci rok z rzędu poświęcamy weekend i zamiast, wzorem milionów zwykłych obywateli spędzić go do południa w łóżku i po południu na kanapie, my marzniemy, mokniemy, męczymy siebie i swoje psy, skaczemy, rzucamy, łapiemy, tarzamy się po ziemi i na dopełnienie mąk rozgrywamy mecz bezkontaktowego (buhahaha) ultimate frisbee.

Czego się nie robi "for the cause". A "cause" jest taki, żeby w doborowym towarzystwie, pod okiem wyrozumiałego szkoleniowca podszkolić się w trudnej sztuce rzucania dyskiem. Bo przecież ciągle jest coś do dopracowania i zawsze można zrobić to jeszcze lepiej. Tak, frisbowcy są masochistami, także w sensie dosłownym... wystarczy spojrzeć na ich podrapane plecy, nogi, klatki piersiowe i przyległości :)

Seminarium to w gruncie rzeczy fajna zabawa, jednak suma summarum po to jest, żeby dowiedzieć się co się robi źle i jak to można poprawić. Oto nasza lista rzeczy do poprawki:
  • wind management - nic nowego, a jak ładnie się nazywa :)
  • reverse chest vault, który nam się niespodziewanie popsuł w sposób banalnie prosty do skorygowania. W zasadzie już naprawiony, więc skreślam z listy.
  • minidistance - a konkretniej pracę bioderkiem przy wyrzucaniu dysku. No i trochę lepsze panowanie nad dyskiem, tak żeby nie ciepać nim w publiczność. No i ciut dalsze rzuty. No i odrobinkę większy spin. No i takie tam.

Seminarium frisbee na długo zapada w pamięć. Człowiek przecież napatrzy się na "konkurencję", podpatrzy nowe triki, zastanawia się potem jak i co może podkraść i włączyć do swojego freestyle'u. Porady i wskazówki trzeba jeszcze raz albo dwa przegryźć, przemyśleć, naprawić błędy - pracy jest dużo. Jednakże prawda jest taka, że seminarium daje o sobie znać najdobitniej następnego dnia, kiedy wstając z łóżka z zaskoczeniem odrywa się, że bolą mięśnie, o których istnieniu nie miało się bladego pojęcia.





21:49, martyna_art , LOCA
Link Komentarze (4) »