Kategorie: Wszystkie | LOCA | O MNIE | OZZY | PIESKIE ŻYCIE | PRZYJACIELE | SZKOLENIE | WYCHOWANIE
RSS
piątek, 25 kwietnia 2008
"Wilku, opowiem Ci coś w wielkim sekrecie..."
darmowy hosting obrazków




Tobos i Ola.
18:47, martyna_art
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 kwietnia 2008
Nie ma piękniejszej pory roku.

darmowy hosting obrazków
09:42, martyna_art
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 kwietnia 2008
W zeszły weekend, tzn. 12-13 kwietnia, w ramach poszerzania swoich szkoleniowych horyzontów, wzięłam udział w seminarium z Inki Sjosten, światowej sławy szkoleniowcem, autorką serii książek poświęconych szkoleniu psów. W Polsce ukazały się do tej pory dwie pozycje sygnowane jej nazwiskiem, ale w kolejce do tłumaczenia jest ich jeszcze sporo, w tym kilka wyglądających naprawdę interesująco.
Nie będę ukrywać, że metody Inki nie do końca mnie przekonują, tym niemniej jechałam na to seminarium z otwartym umysłem, gotowa chłonąć nowe kierunki myślenia i działania. Niestety, wszystkie seminaria mają tą nieznośną właściwość, że są za krótkie i generalnie zawsze człowiek wyjeżdża z uczuciem niedosytu i nie do końca wyjaśnionymi wszystkimi wątpliwościami. Tak też ja się czułam opuszczając piękną mazurską wieś, w której odbywało się owo spotkanie.

Bardzo podoba mi się idea czterolistnej koniczyny, w myśl której nagradzamy psa za dobrze wykonane polecenie poprzez: kontakt socjalny, smakołyki, rzucanie piłeczki i szarpanie zabawką. Inki umiejętnie wkomponowała tu zasadę Premacka, według której czynność bardziej preferowana może służyć do wzmacniania czynności mniej preferowanej. Dla większości psów czynnością mniej preferowaną jest kontakt socjalny (czyli obrazowo mówiąc głaskanie psa i przemawianie do niego czule), natomiast czynnością bardziej preferowaną jest jedzenie lub/i zabawa piłeczką czy szarpakiem. Stosując zawsze najpierw nagrodę socjalną, a dopiero po niej inną zyskujemy to, że w przyszłości, gdy np. zabraknie nam smakołyków, albo nie będziemy nimi mogli nagrodzić psa (np. na zawodach), pogłaskanie stanie się nagrodą samą w sobie.

Co ciekawe, w skład żelaznego wyposażenia psiarza według Inki wchodzi kieszonkowe lusterko oraz figurka aniołka. Lusterko należy nosić zawsze przy sobie i spoglądać w nie ilekroć chcemy obwiniać swojego psa za to, co on zrobił, bo to właśnie w lusterku zobaczymy osobę za wszystko odpowiedzialną. Nasz pies jest natomiast aniołkiem.

Inki pracuje ze swoimi psami (ONkiem i borderem) na wysokim poziomie i tego samego oczekuje od swoich kursantów i ich psów. Jej zasadą jest przekazywanie psu jasnych i czytelnych komend wyłącznie werbalnych. Jest to dużo trudniejsze w praktyce, niż się wydaje w teorii, bo nawet pilnujący się przewodnik wykonuje strasznie dużo "przyruchów", na których skupia się pies, z natury wzrokowiec bardziej niż słuchowiec. I to właśnie na te ruchy pies reaguje, co było widać na przykład, gdy Inki nakazała wypowiadać komendy stojąc na baczność, z rękoma za plecami i nogami wrośniętymi w ziemię.
Przykładowo - pies uczony aportowania siada przed przewodnikiem i oddaje mu koziołek nie na komendę "daj", tylko na widok wyciąganej ku niemu ręki. Jak oduczyć go tego? Machając w poziomie wyciągniętą ręką z dłonią ustawioną pod koziołkiem. Pies może go wypluć tylko i wyłącznie na komendę "daj".

Co mi się zdecydowanie nie podobało, to "poprawianie psa". Za tym, jakże niewinnie brzmiącym eufemizmem kryje się nic innego, jak korekty. A ja jestem z tych ludzi, którzy nie lubią zarówno eufemizmów, jak i korekt. Cóż, może nie będę zdobywać ze swoimi psami laurów na konkursach posłuszeństwa, ale nie będę przestawiać im zadków wymuszając idealny siad, tylko do tego idealnego siadu dojdziemy metodą malutkich kroczków nawet, jeśli miałoby to zająć wieki. No dobra, góra dwa tygodnie ;)


20:28, martyna_art
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 kwietnia 2008
Mówią, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.
Swobodnie interpretując to stare ludowe porzekadło stwierdziłam, że już najwyższy czas przyzwyczajać Locę do atmosfery zawodów agility. Co prawda w tym sezonie jeszcze sobie nie pobiegamy, bo łaciata jest za młoda i stanowczo za mało wciąż umie, jednakże można zacząć już bywać tu i ówdzie.
Co się odwlecze, to nie uciecze, jak mówią.

Na zawody przybyłyśmy z Marysią i Uną, którym przy okazji dziękuję za daną nam możliwość towarzyszenia w drodze do i z Płocka. Gdyby np. stwierdziły, że "do" możemy, a "z" już nie, to byłoby zdecydowanie niefajnie ;-)

W Płocku co prawda pogoda była paskudna - zimno, mokro, ble i fuj, jednakże atmosfera zawodów jak najbardziej gorąca, a możliwość spotkania w realu osób i psów, które znam tylko z forów, emocjonująca.

Pokręciłyśmy się, popytałyśmy, pogadałyśmy, otrzymałyśmy mnóstwo cennych rad, przebiegłyśmy po kilku przeszkodach cichaczem po zakończeniu zawodów, zmęczyłyśmy się tym dniem okrutnie, zmokłyśmy, ale załapałyśmy bakcyla :-) (kleszcza też złapałyśmy, ale był tylko jeden, w dodatku jeszcze nie wbity, tylko sobie po mnie maszerował, więc się nie liczy)

Loca się postresowała - bo tyle psów, bo tylu ludzi, bo tu hopeczki są, a nie możemy skakać, bo tu takie fajne małe dzieci biegają, a pani nie pozwala się z nimi bawić. W nagrodę i w ramach relaksu dostała możliwość szaleńczej zabawy z Idą, również owczarkiem australijskim, swoją prawie równolatką. Dziewczyny przypadły sobie do gustu i szalały na błotnistym boisku, ubłociwszy się jak nieboskie stworzenia. Ale najwyraźniej błotko im zupełnie nie przeszkadzało...
darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków
10:41, martyna_art
Link Dodaj komentarz »