Kategorie: Wszystkie | LOCA | O MNIE | OZZY | PIESKIE ŻYCIE | PRZYJACIELE | SZKOLENIE | WYCHOWANIE
RSS
sobota, 28 lutego 2009
Dziś był właśnie Ten Pierwszy Dzień w Roku, Który Zwiastuje Nadejście Wiosny.
Po miesiącach pluchy, zimna, mrozu, śniegu i znowu pluchy, dziś można było odetchnąć pełną piersią i poczuć, że pod stopami ziemia zaczęła już pulsować wiosennym rytmem.
Pogoda od rana przepyszna - świeciło słońce, temperatura była rozkosznie dodatnia, wiał lekki wietrzyk, łaskawie osuszający błotko, a ptaszki ćwierkały. Cud, miód i orzeszki. Nic, tylko brać psy, rower i ruszać w trasę.

Czy wspominałam już, że Loca ma cieczkę?
Ma.
...

No cóż, do tego jeszcze wrócimy.

Jako że jestem lansiarą do wyprawy przygotowałam się merytorycznie (V = S/t) i fizycznie (kupiłam zestaw canicrossowo/bikejoringowy psu i sportowe ciuszki sobie, a co). Wygrzebałam w piwnicy rower, wyciągnęłam na powierzchnię ziemi, podpompowałam niepodpompowane, wypucowałam niewypucowane i podokręcałam niepodokręcane.

Czy wspominałam już, że nigdy nie miałam suki, a z racji tego, że cieczkę Loca ma pierwszy raz w życiu, toteż można powiedzieć, że to jest także moja pierwsza cieczka?
Nigdy nie miałam suki. I nie wiedziałam jak bardzo irytujące są cieczki.

No cóż, jeszcze nieświadoma nadchodzącego nieszczęścia i z błogim uśmiechem na ustach zarządziłam wycieczkę. Loca miała być psem pociągowym, ja robić za balast, a Ozzy być luzakiem. Każdy zadowolony ze swojego przydziału :)

Nie doceniłam jednak jednego - amantów. Na wsi wieść się rozeszła, że z miasta przyjechała pannica na wydaniu. Taka ładna, z rodowodem, laseczka. No to się zeszły kundelki.
Jeden był na tyle zdesperowany, że przeżył moją szarżę ułańską (która, proszę mi wierzyć, wygląda naprawdę groźnie) i nie dał się odstraszyć, toteż koniec końców towarzyszył nam w przejażdżce.

Błąd.

O ile Loca na początku zachowywała się normalnie - czyli chciała wlać namolnemu kundlowi (dwa razy zresztą skutecznie, ale pies jakoś niespecjalnie się tym przejął), to mniej więcej po 20 minutach zalotnych podskoków, uskoków i doskoków absztyfikanta, zaczęła skupiać się na nim, a nie na ciągnięciu roweru. Gdy zorientowałam się w sytuacji byliśmy pół godziny drogi od domu, co oznaczało kolejne pół godziny w towarzystwie rozochoconej suki wyraźnie zainteresowanej utrwaleniem znajomości z wiejskim burkiem, niezmiernie zresztą z tego radym, a także kastratem, który miał powagę sytuacji w głębokim poważaniu.

A to taki piękny dzień był.
Tfu, mógł być.
22:45, martyna_art
Link Komentarze (1) »
sobota, 07 lutego 2009
Przecież to takie proste jest - bierzesz psa, piłeczkę, ew. smakołyki, idziesz na tor i wioooo! Ile sił w łapach.
No bo jaka jest filozofia w tym całym agility? Że pies ma przeskoczyć parę hopek? No przecież przeskoczy, skoro generalnie skakać potrafi. Że ma wejść na palisadę czy kładkę? No przecież wejdzie, skoro na stół w kuchni wchodzi. Slalom? No, z tym może być problem, ale przecież pies zdolny jest, da radę.

Jej, jak mi się kiedyś wydawało, że to całe agility takie łatwe jest :)

Dziś zdarzyło mi się wreszcie zawitać na treningu. Chyba z cztery tygodnie nas już nie było i było widać tę naszą przerwę, oj było. Pies swoje (biegaaaać! kuuumplee! piłeczkaaa!), a ja swoje (w lewo? tunel? zmiana za psem? teraz? oj, nie, za późno). Poza tym jakoś tak mi się ciężko biegało. Chyba buty miałam za ciężkie.
Na szczęście Loka ma dobre zostawanie i mogłam zostawić ją, przejść za dwie przeszkody i dzięki temu mam jakieś tam szanse biec w miarę przyzwoicie w okolicach dwóch kolejnych. Ona za szybka jest, bez dwóch zdań. Albo ja za wolna. Albo, albo... ;)

Parę fotek dokumentujących nasze pojawienie się na treningu.
Zdjęcia made by Ewka od Hakera

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków


22:36, martyna_art
Link Dodaj komentarz »