Kategorie: Wszystkie | LOCA | O MNIE | OZZY | PIESKIE ŻYCIE | PRZYJACIELE | SZKOLENIE | WYCHOWANIE
RSS
niedziela, 10 listopada 2013

Gdyby ktoś mi powiedział parę miesięcy temu, że będę biegać, to chyba bym pękła ze śmiechu. Jednak tak jakoś dziwnym trafem wyszło, zupełnie niespodziewanie, że mnie całkiem nieźle wkręciło to całe bieganie. Do tego stopnia, że w ubiegły weekend wystartowałam w swoim pierwszym oficjalnym biegu! 

Z Biegiem Natury to cykliczna impreza organizowana w dziesięciu miastach Polski, której przyświeca fajna idea - popularyzacji aktywnego spędzania czasu. A ja przecież bardzo lubię aktywnie spędzać swój czas, tym bardziej jeśli mogę to robić razem z psami, co z kolei ja sama chcę popularyzować :) Z racji tego, że razem z naszymi poznańskimi psiarzo-tuptaczami zgłosiliśmy swój udział jako drużyna Psia Brać, organizatorzy akcji w ramach wyjątku pozwolili nam przebiec trasę z czworonogami, z czego skwapliwie skorzystaliśmy ku uciesze publiczności i zazdrości tych, których wyprzedzaliśmy. Wystartowaliśmy jako ostatni, żeby nie wchodzić z psami w tłum biegaczy (których było 800!), nie przeszkadzać nikomu i nie stresować burków. 

Zdj. Tomasz Szwajkowski KLIK

Przebiegłam całość (w sensie bez zwalniania tempa i przechodzenia w marsz) i od razu walnęłam życiówkę - 5 km w 31m:31s , lepiej o 1m:35s od poprzedniego wyniku na 5km! Czas netto wyniósł 30m:14s. Zajęłam 195 miejsce w klasyfikacji kobiet. Ot, kilka liczb, a tak mnie radują ogromnie :) Najlepsze jednak jest to, że fizycznie wyprzedziłam 89 osób. Czaaaaad!

Gdy zaczynałam biegać sądziłam, że jest to sport wybitnie jednoosobowy i że obecność innych osób będzie mnie wytrącać z mojego rytmu, deprymować i irytować. Ach, w jakim błędzie byłam. Nic tak nie dodaje powera jak bieg w tłumie! Kilometry biegną się same, kolka przechodzi na innych, a endorfiny uskrzydlają. 

Wsiąknęłam? 8)

Zdj. Katarzyna Krzyżańska KLIK

wtorek, 29 października 2013

Ale pamiętaj, żeby przyjrzeć się dokładniej ;)

Źródło: http://mudfooted.com/blacker-sheep-a-black-sheep-trimmed-like-a-prize-winning-poodle/

piątek, 18 października 2013

Loca na szczęście nie należy a do psów jakoś specjalnie chorowitych, kontuzjujących się, nie zważających na własne bezpieczeństwo i proszących się o wypadki. Nigdy niczego sobie nie złamała, naderwała, uszkodziła, naciągnęła. Aż do zeszłego czwartku, kiedy to podczas szaleńczych gonitw z Kapslem po ogrodzie urwała sobie pazur. Niestety zrobiła to tak brzydko i nieszczęśliwie, że jego resztki musiała mieć czyszczone pod znieczuleniem ogólnym, a potem przez kilka dni chodzić z opatrunkiem na łapie. Chodzić. Nie biegać, skakać czy hopsasać.

Przyzwyczajona do grzeczności Ozziego, któremu jak się powie, że opatrunku na łapce nie wolno ruszać, to drugi raz tego nie trzeba powtarzać, zostawiłam Locę na chwil kilka bez nadzoru uprzednio jej wytłumaczywszy, że życzę sobie zobaczyć opatrunek w stanie nienaruszonym po powrocie. No cóż, nie posłuchała, suka jedna. W związku z czym przez cały tydzień zmuszona była do chodzenia w kołnierzu weterynaryjnym. Odbierała za to Discovery Channel w HD ;)

Sadystycznie lałam z biednego futra i jej rozkminy przy pierwszym założeniu abażurka. Poniższego foto chyba nie trzeba tłumaczyć - sucz wykoncypowała, że najwyraźniej tak trzeba siedzieć jak się ma coś takiego wokół głowy. Na szczęście okres abażurkowania mamy już za sobą, pazur wygląda już zupełnie ok, wracamy więc do TupTania i (ograniczonego) hopsasania przez hopeczki w Annówce w ten weekend :)

12:41, martyna_art , LOCA
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 października 2013

Tak to już człowiek ma, że każdej aktywności lubi nadawać nazwy, formę, reguły i w miarę możliwości wprowadzać ducha sportowej rywalizacji.

Dogtrekking, choć nazwę ma skomplikowaną i z angielska brzmiącą, jest tak naprawdę bardzo banalnym w swej formie sportem. Do jego uprawiania nie potrzebujemy ani drogiego sprzętu, ani specjalnego placu treningowego, ani jakiejś magicznej i tajemnej wiedzy. Wystarczą wygodne buty, bezpieczna uprząż / szelki dla psa, dla obopólnej wygody smycz z amortyzatorem, chęci, zdrowy pies i tereny do spacerowania. Ponieważ tak naprawdę dogtrekking to nic innego, jak połączenie zwykłego długiego spaceru z zabawą w podchody. Na trasie wytyczonego rajdu organizator umieszcza punkty kontrolne, do których trzeba dotrzeć i je "oznaczyć" = na swoją kartę przepisać oznaczenie, podbić ją załączonym perforatorem albo przekleić naklejkę. I tak naprawdę cała zabawa polega na tym, aby odnaleźć po drodze wszystkie punkty kontrolne (w kolejności dowolnej) i jak najszybciej dotrzeć do mety.

Dogtrekkingowaliśmy się w pięknych okolicznościach przyrody Puszczy Zielonki w towarzystwie Psiaków Poznaniaków .

Organizatorki rajdu zadbały o to, żeby trasa była urozmaicona. Mieliśmy dużo szczęścia i pogoda dopisała wybitnie! Kilkanaście stopni na plusie, piękne słońce, jesienna Puszcza Zielonka, świetna Ekipa Bezjajecznych - wszystko to złożyło się na bardzo przyjemny debiut dogtrekkingowy :)

Jako że był to mój pierwszy rajd, postanowiłam że nie rzucam się od razu z motyką na Słońce, tylko spokojnie zacznę od krótszego, dziesięciokilometrowego dystansu. Ambitnie założyłam, że jego cześć przebiegnę głównie z racji tego, że dogtrekkingować się chciałam z obydwoma psami i stwierdziłam, że jak mnie zaczną ciągnąć, to po prostu nie będę miała wyjścia. No cóż, miałam rację. Kłopot w tym, że do tej pory nie biegłam zaprzęgnięta w dwa psy i, jak się okazało, jest to cholernie trudne i bolesne. Bo o ile jeden pies podpięty do pasa bardzo ułatwia bieg, to dwa psy ten bieg w zasadzie uniemożliwiają. Przynajmniej jeśli chodzi o tempo jakie są w stanie osiągnąć moje nogi. 

Cały rajd szłam więc z dwoma ciągnącymi burkami na przedzie, co potem odczuwałam w mięśniach dobrych kilka dni. Ałć, boli mnie na samo wspomnienie. 

Znajdowanie punktów kontrolnych zdecydowanie utrudniało szybkie pokonanie rajdu. Mapa topograficzna, jaką dysponował każdy zawodnik, była jak najbardziej aktualna i w teorii bardzo trudno było się zgubic poszukując kolejnych punktów kontrolnych, ale... osiągnęliśmy to ;) Poskutkowało to tym, że zamiast planowanych 10km, pokonaliśmy ich niemal 17!!

Pierwsze na mecie!! Pomimo zgubienia się i nadprogramowych prawie siedmiu kilometrów :D

Trasa, jaką pokonałyśmy, ostatecznie wyglądała tak i liczyła 16,88km. 

Na mecie czekały na nas pyszne pieczone ziemniaczki, pajda chleba i gzik.

Nie wiesz co to gzik? Wygooglaj sobie ;)

Artefakt Dream Team zdeklasował rywali na obu dystansach! Ania z Bibi i Chilli jako pierwsza pokonała długą trasę.

Spodobało nam się! Do zobaczenia na trasie :)

niedziela, 06 października 2013

Daję znać, że przez całą kalendarzową jesień grupa TupTam tupta na Jesiennym Wyzwaniu Tuptaniowym.

Najbardziej aktywny tuptacz, który nie tylko regularnie tupta wiele kilometrów, ale również okrasza swoje wpisy zdjęciami, ma szanse wygrać nagrodę główną, hand made, niespodziankę, której prototyp wygląda w tej chwili mniej więcej tak:

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26