Blog > Komentarze do wpisu

Nasz pierwszy dogtrekking

Tak to już człowiek ma, że każdej aktywności lubi nadawać nazwy, formę, reguły i w miarę możliwości wprowadzać ducha sportowej rywalizacji.

Dogtrekking, choć nazwę ma skomplikowaną i z angielska brzmiącą, jest tak naprawdę bardzo banalnym w swej formie sportem. Do jego uprawiania nie potrzebujemy ani drogiego sprzętu, ani specjalnego placu treningowego, ani jakiejś magicznej i tajemnej wiedzy. Wystarczą wygodne buty, bezpieczna uprząż / szelki dla psa, dla obopólnej wygody smycz z amortyzatorem, chęci, zdrowy pies i tereny do spacerowania. Ponieważ tak naprawdę dogtrekking to nic innego, jak połączenie zwykłego długiego spaceru z zabawą w podchody. Na trasie wytyczonego rajdu organizator umieszcza punkty kontrolne, do których trzeba dotrzeć i je "oznaczyć" = na swoją kartę przepisać oznaczenie, podbić ją załączonym perforatorem albo przekleić naklejkę. I tak naprawdę cała zabawa polega na tym, aby odnaleźć po drodze wszystkie punkty kontrolne (w kolejności dowolnej) i jak najszybciej dotrzeć do mety.

Dogtrekkingowaliśmy się w pięknych okolicznościach przyrody Puszczy Zielonki w towarzystwie Psiaków Poznaniaków .

Organizatorki rajdu zadbały o to, żeby trasa była urozmaicona. Mieliśmy dużo szczęścia i pogoda dopisała wybitnie! Kilkanaście stopni na plusie, piękne słońce, jesienna Puszcza Zielonka, świetna Ekipa Bezjajecznych - wszystko to złożyło się na bardzo przyjemny debiut dogtrekkingowy :)

Jako że był to mój pierwszy rajd, postanowiłam że nie rzucam się od razu z motyką na Słońce, tylko spokojnie zacznę od krótszego, dziesięciokilometrowego dystansu. Ambitnie założyłam, że jego cześć przebiegnę głównie z racji tego, że dogtrekkingować się chciałam z obydwoma psami i stwierdziłam, że jak mnie zaczną ciągnąć, to po prostu nie będę miała wyjścia. No cóż, miałam rację. Kłopot w tym, że do tej pory nie biegłam zaprzęgnięta w dwa psy i, jak się okazało, jest to cholernie trudne i bolesne. Bo o ile jeden pies podpięty do pasa bardzo ułatwia bieg, to dwa psy ten bieg w zasadzie uniemożliwiają. Przynajmniej jeśli chodzi o tempo jakie są w stanie osiągnąć moje nogi. 

Cały rajd szłam więc z dwoma ciągnącymi burkami na przedzie, co potem odczuwałam w mięśniach dobrych kilka dni. Ałć, boli mnie na samo wspomnienie. 

Znajdowanie punktów kontrolnych zdecydowanie utrudniało szybkie pokonanie rajdu. Mapa topograficzna, jaką dysponował każdy zawodnik, była jak najbardziej aktualna i w teorii bardzo trudno było się zgubic poszukując kolejnych punktów kontrolnych, ale... osiągnęliśmy to ;) Poskutkowało to tym, że zamiast planowanych 10km, pokonaliśmy ich niemal 17!!

Pierwsze na mecie!! Pomimo zgubienia się i nadprogramowych prawie siedmiu kilometrów :D

Trasa, jaką pokonałyśmy, ostatecznie wyglądała tak i liczyła 16,88km. 

Na mecie czekały na nas pyszne pieczone ziemniaczki, pajda chleba i gzik.

Nie wiesz co to gzik? Wygooglaj sobie ;)

Artefakt Dream Team zdeklasował rywali na obu dystansach! Ania z Bibi i Chilli jako pierwsza pokonała długą trasę.

Spodobało nam się! Do zobaczenia na trasie :)

poniedziałek, 14 października 2013, martyna_art

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Heart Chakra, 5.174.125.*
2014/06/30 10:43:13
W Waszym wydaniu dogtrekking wyglada tak prosto! :) a krew pot i łzy? Mnie odstrasza ten imperatyw biegu i pośpiechu- bardzo lubię trzaskac kilometry z psem w pięknych okolicznościach ale wizja współzawodnictwa nieco odstrasza :)